Legenda, inspiracja, mentor… nie żyje Kobe Bryant

Dodano: 29 stycznia 2020 11:03 przez

To nie tak miało być… Owszem, Kobe Bryant według planu miał w niedzielę odejść do historii, ale w sensie sportowym, symbolicznym, a nie dosłownym. W weekend na liście najlepszych strzelców NBA wyprzedził go LeBron James, który teraz jest gwiazdą Los Angeles Lakers, wieloletniego zespołu Bryanta. I tak się faktycznie stało, na dodatek na parkiecie w rodzinnym mieście w Filadelfii. – Kontynuujesz pchanie tej gry do przodu. Wielki szacunek bracie – napisał Bryant na Twitterze gratulując młodszego koledze, z którym wcześniej niejednokrotnie spotykał się na boisku. W zasadzie jeszcze nie zdążył zniknąć z nagłówków branżowych mediów. Już kilkanaście godzin później środowisko koszykarskie (i pewnie nie tylko) na całym świecie zmroziła informacja, którą podał amerykański serwis TMZ, a potem potwierdziły inne media z USA. Helikopter z 41-letnim Bryantem i ośmioma innymi osobami spadł niedaleko miejscowości Calabasas w stanie Kalifornia.

Obsesyjna wręcz żądza wygrywania – tak można krótko scharakteryzować tego jednego z najlepszych koszykarzy w historii. Objawiała się z jednej strony w setkach godzin treningów o najróżniejszych porach dnia, a z drugiej w być może zbyt indywidualnej postawie na parkiecie. „Mamba Mentality” to tytuł jego ubiegłorocznej książki, a jednocześnie sposób podejścia do koszykówki i sportu w ogóle. Nie można mu odmówić niesamowitej pasji, co może brzmi jak truizm, ale truizmem nie jest. Nawet w ostatnim meczu kariery, na koniec przeciętnego sezonu przeciętnych wtedy Lakers walczył do upadłego i zdobył w nim 60 punktów pokonując Utah Jazz. Ba! Nawet po karierze zwycięstwa się go trzymały – w 2018 roku dostał Oscara za najlepszy krótkometrażowy film animowany. Cechowała go także lojalność, bo przecież mimo różnych pogłosek o chęci zmiany pojawiających się w trakcie kariery przez 20 lat nie opuścił Los Angeles Lakers. Zespół, do którego trafił ponad dwie dekady temu jako nastolatek też pomógł stworzyć jego legendę. Klub o fioletowo-złotych barwach od dawna jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych w lidze. Lakers „stworzyli” Bryanta, a on pomógł utrzymać ich na topie i zdobyć pięć tytułów mistrzowskich i to w dwóch różnych epokach, bo najpierw w latach 2000-2002 z jego szorstkim przyjacielem Shaquillem O’Nealem, a potem w latach 2009-2010 z Katalończykiem Pauem Gasolem.

Bryant nigdy nie zmienił zespołu, ale po drodze zmienił numer. Zaczynał z 8, potem na 24 i spekulowano, że to nawiązanie do numeru 23, z którym występował przez niemalże całą karierę Michael Jordan. Do największego z największych Bryanta porównywano od pierwszych chwil w NBA. W swoim drugim sezonie w niej w 1998 roku po raz pierwszy zagrał w Meczu Gwiazd i rzucił wyzwanie kończącemu wtedy przygodę z Chicago Bulls Jordanowi. Na przestrzeni lat w akcjach i zachowaniu obu panów można było dostrzec podobieństwa, Na dodatek i jednego, i drugiego prowadził legendarny szkoleniowiec Phil Jackson, 11-krotny zdobywca pierścienia mistrzowskiego. – Różnica między nimi była taka, że Jordan lepiej reagował na polecenia trenera, ale Bryant miał w sobie ten niespożyty ogień, był pełen energii – powiedział swego czasu Jax. – Pomógł mi zanim w ogóle wiedział o moim istnieniu. Widziałem, że mając niespełna 18 lat przyszedł do NBA i starał się wpłynąć na wielką organizację. Traktowałem to jako motywację. Był dla mnie inspiracją – mówił o Bryancie James, czyli jego wspomniany już następca jako lider Lakers.

Na pamięć o Bryancie będzie miał wpływ także okres, w którym występował w NBA. To czas, w którym liga dzięki rozwojowi internetu i mediów (także społecznościowych) stawała się coraz bardziej dostępna dla każdego. Można powiedzieć, że zaczynał w lidze analogowej, skończył w multimedialnej. I globalnej. A wśród największych amerykańskich gwiazd basketu miał w sobie największy pierwiastek internacjonalizmu. Rodzice nazwali go Kobe na cześć… wołowiny z japońskiego miasta o takiej nazwie. Jego ojciec Joe występował w Europie, więc syn sporo czasu spędził we Włoszech. Potem przyznawał, że oglądanie koszykówki w Italii pomogło mu w zrozumieniu podstaw tej gry. Bez tego nie byłby tym, kim jest. Nie jest. Był.

źródło artykułu: Przegląd Sportowy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *